Wsiadamy do łodzi. Przestrzenne lobby z otwartą przestrzenią, wygodnymi fotelami i eleganckim drewnianym stole. Pokój większy niż większość tych, w których normalnie nocuję na lądzie. Własna łazienka. Ale to nie o samą Łódź chodzi a o to, gdzie nas zabiera. Płyniemy przez keralskie backwaters. Połączone kanałami jeziora, soczystą zieleń i życie toczące się na brzegu. Doświadczenie, które warto mieć w swoim życiorysie.

Płyniemy. Jesteśmy tylko we trzy. Ja, induska z Mumbaju i malezyjka. Dookoła nie kręcą się fotografowie. Nie pozujemy wreszcie do czterdziestoosobowego selfie (tak tak, z odpowiednim obiektywem i to da się zrobić!), mamy chwilę dla siebie. Już na samym początku dostrzegam ptaka. Nie robi sobie nic z naszej łodzi niemal do momentu, w którym prawie ocieramy się o pal. Jest z nami kapitan i dwóch kucharzy. Szykują lunch, a my intensywnie fotografujemy okolice. Jedzenie jest pyszne. Wreszcie mogę to powiedzieć. Jest takie, jakie jedzą normalni ludzie. W Indiach. Nie jest hotelowe, wypielęgnowane, z podpisem dobrego kucharza. Jest za to nie za ostre, ciekawe i autentyczne. A przynajmniej tak mówi Depty, która jakby nie patrzeć (nie jeść? ;)) trochę na hinduskiej kuchni się zna. Smakujemy przepysznej sambali z ananasem, smażonych warzyw, warzyw parzonych, delikatnego curry. Czeka na nas kokos, słodki deser i kosz owoców. Cieszymy się chwilą dla samych siebie.

Na brzegu toczy się życie. Kobieta pierze ubrania, mężczyźni przy brzegu popalają papierosy. Dzieciaki grają w piłkę, nieśpiesznie wracając ze szkoły. Mijają nas inne łodzie. Niektóre są jak nasze. Z kilkoma osobami na pokładzie. Parami w swej podróży poślubnej, turystami na leżakach na dachu. Są też wielkie wycieczki, mieszczące zapewne tyle, ile Łódź może pomieścić. Siedzą stłoczeni na swoich krzesełkach, a my znowu przez chwilę czujemy się wyjątkowo.

Woła nas fotograf. Wyprzedzili nas swoją łodzią i usilnie próbują pstryknąć nam kilka ujęć. I jeszcze kilka. Uśmiechamy się więc pozujemy, wiemy, że tym razem potrwa to tylko chwilę. Niewiele łodzi sfotografowali. Część gdzieś uciekła, innych spotkamy dopiero jutro. Rozmawiamy, śmiejemy się i pracujemy.

Kręcę filmiki. Tych obrazów nie odda zdjęcie. Jesteśmy w ruchu i to co widzimy też się rusza. Chlupie woda, hałasują mijające nas łodzie. Ktoś macha, inny od niechcenia spojrzy, gdy robię zdjęcie. Obserwuję dzieciaki na brzegu. Biegną z torbami, kopią piłkę. Mijamy kolejne kościoły. Każdy ma inny kolor, inną architekturę. Nie ma tu hinduistycznych świątyń ani meczetów. Kerala jest nietypowa. Od kilkudziesięciu lat rządzą nią komuniści. Tacy co to co prawda lubią komunistyczną ideę, ale wiedzą, że świat w ten sposób nie działa. Nie ma tu więc drugich Chin, o Kubie i Korei nie wspominając. Są trzy religie. Hinduizm wyznaje około 60% mieszkańców. Pozostałe 40% równo dzieli się pomiędzy Katolików i Muzułmanów. Na ulicach więc górują meczety, katolickie kościoły i hinduistyczne świątynie. Wszyscy żyją w zgodzie, razem, pod parasolem partii ponoć komunistycznej.

Za każdą łodzią krąży chmara ptaków. Żerują na odpadki z kuchni i nieuważnych turystów. Kruki są szybkie, a dla dobrego kąska i zadaszona łódź im niestraszna. Co jakiś czas po wodzie skaczą ryby. Woda nie jest na tyle przejrzysta, aby obserwować podwodne życie. Ale to można. Bo te, zamiast pod wodą, wynurzają się, skaczą i zanurzają. I ponownie. Są małe, trudne więc je złapać na zdjęciu czy sfilmować.

Siedzę na szczycie łodzi. Macham nogami, bawiąc się czasami liną cumowniczą. Przez kilka godzin nie przestaję fotografować. Z każdą mijającą godziną światło jest coraz wspanialsze. Robimy sobie selfie i zdjęcia tych co robią selfie. Obiecuję, że złożę stąd filmik. Z zachodem słońca, zielenią i odgłosami keralskich backwaters. Z tym wszystkim, co ta część Kerali może zaoferować najlepszego. Jest pięknie, wyjątkowo i ciekawie. Tak, jak w podróży być powinno. Zachodzi słońce, czas się pożegnać, coś napisać, przeczytać, może nawet wreszcie wyspać. Tylko łódź odrobinę trzęsie. A ja się zastanawiam czy to włączona klimatyzacja czy może ktoś odpalił silniki. Dobranoc.

Zobaczcie również moje video z backwaters oraz oglądnijcie vloga stworzonego przez jednego z podróżujących z nami blogerów:

Za wspaniałe doświadczenie i niemal dobę na mieszkalnej łodzi w Allapey dziękuję The Rainbow Cruise.