Zapewne nie tylko mnie fascynuje egzotyka. Na drugim końcu świata ludzie wydają się piękniejsi, bardziej fotogeniczni, ciekawsi. Ludzie i rzeczy, obok których przechodzimy obojętnie w naszym własnym kraju, stają się bardziej kolorowe, żywe, fascynujące. Fotografujemy, chwytamy momenty, a wracając do domu zastanawiamy się co jest takiego w podróży, że tak nas pociąga.

Ludzie w Europie są dla mnie tacy zwyczajni. Pospolicie się ubierają, normalnie wyglądają. Czasem nabieram ochoty sfotografowania kogoś nietypowego. A w podróży? Nietypowy jest niemal każdy. Piękny jest kolor skóry, uśmiech, oczy, zmarszczki. Mówi się, że ktoś się pięknie zestarzał. Ale czy mówi się też tak u nas, gdy starzeje się tak zwany biały człowiek?

Dla mnie każde zdjęcie z podróży do jakaś historia. Nie ma we mnie jeszcze tyle odwagi, by często fotografować ludzi. Czasem korzystam z chwili, gdy to ktoś inny się odważy. Czasem fotografuję z ukrycia, zazwyczaj później się uśmiechając i jakby prosząc o przyzwolenie. Czasem nawiązuję kontakt – pierwsza lub w odpowiedzi na uśmiech po drugiej stronie, i wtedy fotografuję. Zdarzyło mi się usuwać zdjęcia dlatego, że ktoś mnie o to poprosił. Ale zdarzyło mi się też chyłkiem uciec, czując się głupio, że tak poluję.

Fotografując zmieniłam percepcję. Kiedyś czułam się dziwnie, gdy ktoś próbował zrobić mi zdjęcie. Później postawiłam się po drugiej stronie, przecież ja też fotografuję. Teraz, widząc, że ktoś we mnie strzela obiektywem, odpowiadam uśmiechem. Albo udaję, że nie zauważyłam, żeby zdjęcie nie wyglądało sztucznie. Fotografia ludzi to cienka linia, której czasem trudno nie przekroczyć. I choć czasem mam wątpliwości to ludzie mnie fascynują. Opowiadają historię, mówią więcej o danym miejscu, niż jakikolwiek krajobraz. I pozostawiają wspomnienia silniejsze niż najpiękniejszy nawet widok. Dlatego tam przyciągają

Te zdjęcia nie są idealne. Nie poluję jak paparazzi, czasem staram się po prostu uchwycić moment. W Kerali ludzie fascynowali mnie wyjątkowo. Swoją otwartością, przychylnością, uśmiechem. Oni też byli zainteresowani, chcieli porozmawiać, poznać. Łatwiej było nawiązać nić porozumienia, podzielić się chwilą i ujęciem. Bo każde zdjęcie to moment i jakaś historia. Pozwólcie, że je Wam opowiem.

Moment, w którym poczułam się głupio. Byliśmy w Kalamandalam, Uniwersytecie Sztuki i Kultury. W kilkudziesięciu klasach młodzież uczy się tańca, śpiewu, gry na instrumentach, poznaje tradycyjne przedmioty, odrabia lekcje. Przechodziliśmy do kolejnych sal, znajdujących się w małych bungalowach, niemal na wolnym powietrzu. Nie każda lekcja była jednak tak obrazowa. Młode dziewczyny ćwiczące taniec i towarzyszącą mu mimikę, a dookoła grupka uczennic przypatrujących się lekcji i odrabiających zadania domowe. Ta dziewczyna była szczególnie fotogeniczna. Długo nie robiłam jej zdjęcia, widząc kilkanaście osób z obiektywami dookoła. W końcu jednak i ja uległam. Smutek w jej oczach mnie przeraził. I do dzisiaj nie wiem czy to był smutek bycia obiektem zainteresowania czy może inny, istotniejszy. Nie dowiedziałam się i nie dowiem. Spojrzałam w jej oczy, a ona zajęła się zadaniem domowym.

Kilka minut wcześniej opuściliśmy Cochin Biennale. Świetnie zorganizowane święto sztuki, przyciągające ważnych artystów z całego świata. Nieopodal promenady zobaczyłam człowieka. Malował słońce, poprawiał ptaki. Prosił o pomoc, mówiąc, że to bóg jest najlepszym z artystów. To on w końcu stworzył zachody słońca. Po prawej było kolejne dzieło, protest przeciwko biennale, z małym – lecz bardzo obrazowym – przedstawieniem niewolników. Trudno dowiedzieć się o co naprawdę chodziło.

W Munnarze wreszcie udało nam się spędzić więcej czasu na osobności. Spacerowanie po mieście, błądzenie po uliczkach, zaglądanie do bram i lokalnych sklepików. Robienie tego, czego w Kerali tak nam brakowało, a co jest normalne w zwyczajnej podróży. I właśnie tam spotkałam jego. Nieopodal restauracji szykował coś, czego nie potrafię nazwać. W brudnym wiadrze, z brudnym durślakiem. Bezpośrednio pod plakatem reklamującym restaurację, podkreślającą swoją wyjątkową czystość. Bo takie właśnie są Indie. Skrajnie od siebie różne światy, przeplatające się niespostrzeżenie.

W Polsce unika się bezdobnych psów. Traktuje się je jako niebezpieczne, przechodząc na drugą stronę. Dlatego cenię miejsca, w którch zwierzęta cieszą się szacunkiem. Oczywiście, nic nie jest białe lub czarne, i tu zdarzają się koszmary. Uśmiecham się jednak w sercu każdego razu, gdy widzę radosnych ludzi i radosne zwierzęta. I właśnie idąc wśród wzgórz Wayanad spotkałam dwa czworonogi. Podbiegały do każdego, mając nadzieję na odrobinę miłości. Głaskał je nasz przewodnik, głaskałam ja. A później podszedł ten człowiek. Uśmiechnął się, schylił, a psy wyglądały tak, jakby ktoś im nieba na chwilę uchylił.

Brakuje mi w Europie koszmarnie obserwacji życia i pracy. Ludzie zamknięci są w swoich biurach i zakładach, idąc do restauracji nie widzi się kucharza. Znalezienie krawcowej do szybkiej poprawki czy szewca, którego usługi nie kosztują tyle co nowe buty, graniczy z niemożliwością. Nie tak jak w Azji. W Munnarze nie mogłam oderwać oczu. Mężczyźni na ulicy tworzyli mikroskopijne cuda. Ze złota i szlachetnych kamieni tworzyli biżuterię, ogrzewając metal w ogniu, operując biegle miniaturowymi narzędziami. Nie potrafiłabym nawet ich chwycić tak, aby nie wypadły. A oni pracowali tak po prostu, w centrum miasta, na chodniku, przy tłocznej ulicy. Świecił ogień i błyszczało złoto. I tylko towarzystwo sprawiło, że poszłam dalej.

Są ludzie, którzy są piękni przez swą egzotykę i tacy, którzy są zwyczajnie piękni. W Kumarakom spotkałam rodzeństwo idące ścieżką. Chwilę porozmawialiśmy. One poćwiczyły język, mi udało dowiedzieć się co nieco o nich. A później dziewczyna, której imienia już niestety nie pamiętam, spojrzała w górę. Jeden z niewielu momentów, w którym mój obiektym skierowany był w odpowiednim momencie w odpowiednią stronę. Chyba ją zawstydziłam, ale nie mogłam się powstrzymać, kilkukrotnie mówiąc jaka jest piękna. Pewnie, gdyby urodziła się gdzieindziej, pewnego dnia zostałaby aktorką, miss lub inną znaną postacią. Bo ciężko jest przejść obojętnie obok kogoś z taką urodą.

Herbaciarnia w Trivandrum, tuż obok Świątyni Padmanabhaswamy, ponoć najbogatszej w kraju. To był ten moment, kiedy przeszłabym obok, żałując, że nie zrobiłam zdjęcia. Grupa znajomych siedziała na chodniku, pijąc herbatę, przyciągała wzrok. I wtem się zaczęło. Ktoś z naszej grupy poprosił o zdjęcie. Potem kolejny. I tak każdy z nas ma z nimi zdjęcie. Siedząc obok, po turecku, pojedynczo lub parami. I oni, cierpliwie znosząc kolejne zdjęcia, uśmiechając się, obejmując nas, każąc zrobić jeszcze jedno zdjęcie, z kolejną osobą, w innej pozycji, a nawet ich nie oglądając.

Wioska ekologiczna. Ponoć ostatnio wygrała konkurs na najlepszy społeczny projekt w Indiach, pomagając lokalnym mieszkańcom w zapewnieniu im zajęcia. Idziemy całą grupą, wracając już właściwie do łodzi. Obok nas biegają dzieciaki, co jakiś czas prosząc o zdjęcie i samowolnie pozując. I jest ona. Stoi z boku, z ciekawością w oczach, ale nie dość odważna, aby podejść. Przygląda się uważnie, zachowując bezpieczną odległość. Dookoła jest wystarczająco atrakcji, nie chowając się pozostaje i tak niemal niezauważona.

 

Schronisko dla słoni. Z dwunastu olbrzymów trzy właśnie doczekały się kąpieli. Każdy z innej strony jeziora, wystarczająco od siebie oddalone. Z nieba leje się żar. Razem ze zwierzętami w wodzie są ich opiekunowie, szorując je kawałkami kokosa. Wszystkie oczy zwrócone są w stronę wody, także jego. Uważnie obserwując każdy nas ruch, każde zdjęcie. Siedzi tak w cieniu, kilkadziesiąt metrów od nas i patrzy, tylko patrzy.

Backwaters. Wyjątkowo piękna atrakcja dla turystów to również codzienny świat dla tamtejszych mieszkańców. Tych łowiących ryby od rana do wieczora, wożących turystów, przewożących towar i robiących za lokalne taksów. I dla tych, którzy zbierają śmieci, odbierając je od mieszkańców i wiozących je gdzieś dalej. W Kerali nie ma miejsca na recycling, nie ma przestrzeni na odpowiednie wysypiska. Śmieci często się pali, co nie jest najlepsze dla środowiska. I choć Kerala stara się zmniejszych choćby ilość zużywanego plastiku, to przyzwyczajenia mieszkańców, pochodzące z czasów, gdy wszystko było naturalne a bio-śmieci wyrzucało się do pobliskiego rowu, pozostały. Tylko rodzaj śmieci uległ zmianie.

Zanim będą mogli pomalować artystę, latami ćwiczą na maskach. Przygotowują je, malują, przyozdabiają. Tak jak prawdziwy sushi master latami uczy się gotować ryż przed możliwością zajęcia się rybą, tak oni ozdabiają kolejne maski, które nigdy nie zostaną wykorzsytane na scenie. Tancerze, muzycy, często samodzielnie muszą potrafić ozdobić swoje ciało. I właśnie dlatego ich malowanie jest jednym z przedmiotów, których uczą się w Kalamandalam. Siedząc w małej sali, pełnej farm i ozdób, w pozycji, której niewyobrażam sobie siedzieć nawet piętnastu minut.

Zwykła droga w Kochi. Autobus zatrzymuje się w korku, a my rzucamy się na szybę z aparatami. Na wietrze powiewają tysiące białych tkanin. Ogromna pralnia na świeżym powietrzu. Zatrzymujemy autobus, idziemy na miejsce. Nikt nas nie zatrzymuje, nie ma bramy. Przy wejściu, po prawej stronie, odbywa się prasowanie. Na wielkich półkach z cementu leżą szmaty, na nich prasowane tkaniny. Żelazka przypominają ta z początku poprzedniego wieku. Takie, które u nas spotyka się tylko w muzeach. Biorę jedno do ręki, chwilę prasuję. Nie mija minuta, a mnie parzy z gorąca. Idziemy dalej. Wnęki betonowego budynku. W każdym pracz lub praczka. Z wielkimi beczkami, ugniatając rękoma, lub częściej nogami. Mężczyzna się uśmiecha, pozuje, chce jak najlepiej wypaść na zdjęciu. I chyba zauważa, że filmuję. Z błyskiem w oku rzuca mokre tkaniny prosto na mnie. Woda rozchlapuje się dookoła, on śmieje się rubasznie, a ja mam materiał. Szkoda, że on nigdy go nie zobaczy.

Po całym dniu strajku, po 18 drogi znów są przejezdne. Udajemy się na imprezę zorganizowaną przez jednen z resortów. Nie bardzo mam na to ochotę. Po całym dniu trekkingu mam ochotę odpocząć, obejrzeć zdjęcia. Coś napisać i podładować baterię. Nie jedziemy jednak na marne. Po krótkim pokazie zaczyna się impreza. Najlepszy ponoć w kraju DJ zaczyna swoje show. Najlepsza impreza, na której kiedykolwiek byłam. Muzyka w zestawie, który nie może się znudzić. Bawią się młodzi i starzy, blogerzy i lokalsi. Parkiet nie pustoszeje nawet na minutę. Nawet wtedy, gdy DJ ogłasza minutę przerwy. Zdania są zgodne, impreza jest doskonała. I gorzej niż w bajce o kopciuszku, kończy się o 22. Kolejne osoby podchodzą do mikrofonu, dziękują organizatorom, dziękują DJowi. Chwytam mikrofon i pytam czy mogę eksportować go do Polski. Mówi, że nie ma sprawy. Chętnie bym go tu przywiozła, bo takich imprez u nas brakuje.

Zdjęcie bez historii. Wyjątek potwierdzający regułę. Szłam ulicą. W oczy rzucił się najpierw żółty przystanek. A w nim oni. Trzymający się w ramionach przyjaciele, pozujący do zdjęcia jakbyśmy znali się latami. Otwarci jak większość mieszkańców Kerali. Sprawiający, że chce się tutaj zostać.

 

*fotografia kobiet na plantacji herbaty wykonana przez Praveen Swaramanjari.